Polscy studenci piją na potęgę. Tylko że cholernie dziwna ta potęga. Wypije piwo ale powie że wypił sześć, wypije kieliszek ale powie że wypił pół litra. Tak jakby wlanie w siebie truciznę, której 90% ceny stanowią podatki i marże, było porównywalne z wygraniem konursu 4 skoczni, tudzież Noblem z fizyki.
Kult alkoholu trwa w najlepsze. Chłopie, zrobisz sobie zdjęcie z puszką Harnasia, Żubra. Umieść to teraz na swoim ulubionym portalu społecznościowym. Gratuluję! Przecież wygrałeś życie! Bierz w łapę puszkę i spaceruj po korytarzu akademika. Gratuluję! Możesz się czuć jak dumny pan pędzący przez polskie ulicy pięknym suvem. Wygrałeś życie!
A może pokusisz się na to by wraz z kompanami uzbierać puszek na choinkę. Respekt w Internecie murowany.
Piwo!!!! Piwoo!!! Te słowo potrafi rozruszać najnudniejszy wykład. Jak wykładowca wypowie magiczne słowo to całkowicie zmienia się sposób parzenia na niego. Wystarczy to jedno słowo. Piwo!!!! Piwoo!! Hahahahahah! Jedno słowo a cała aula pęka za śmiechu. Piwo!!!! Browar!!!
HAHAHAHhahahhahahahaha! Hahahahahahahahhahahahaha!!! Hahahhahahahahahahhahahahahahahahahah! Hahahahahahahahahahah!
Nie, przecież nie będę się czepiał wyłącznie studentów. Każdy z Was zapewne ma świadomość faktu w jaką ekstazę potrafi wprowadzić ucznia liceum/zawodówki słowa: Finlandia!!! Boże Mój!!! Achh!! Ależ mi wczoraj Finlandia wspaniale weszła!!!! Boże Mój!!! Ależ mi wczoraj Bolsik wchodził!!! Oczyma wyobraźni widzę te rozpalone dziewczęta z wypiekami na twarzy słuchające tegoż wywodu. Przecież to musi być mega Pan! Ależ on cudowny!!! Jaki zajebisty!!!!
No i w końcu i one, dziewczęta się skuszą. Wszakże nie ma wspanialszego widoku niż kobieta z papierosem w ręku, kuflem BROWARA z sokiem i masą fluidu zakrywającego mordę zmasakrowaną kuracją hormonalną. Cóż za dama!!! Wszakże nie tylko facetowi kieliszek dodaje męskości!!!!
Chętnie napiłbym się z nim wódki! Wszakże to najwyższe polskie oznaczenie społeczne!
Czy tylko mi ten śmieszny polski kult alkoholu przeszkadza? Czy tylko nie mnie słowo piwo ani wzrusza ani rozwesela?
Studia humanistyczne= zmarnowane życie.
Jednym z najbardziej irytujących mnie podziałów społecznych, jest rozróżnienie na „ścisłowców” i humanistów. Do pierwszych zaliczają się ci którzy nie mają problemów z przedmiotami ścisłymi w szkole, jednakże poprawne sformułowanie zdania stanowi dla nich katorgę. O ile „ścisłowiec” posiada przynajmniej umiejętności matematyczne, to za humanistów uważają się Ci którzy mają problemy z rozwiązaniem prostego równania. Problem tkwi w tym, iż dzisiejsi „humaniści” nie mogą się pochwalić również wiedzą z zakresu nauk klasyfikowanych w pionie nauk humanistycznych. Mówiąc prościej ale prawdziwie: „nie umiem nic, jestem więc humanistą”.Jednakże standardowy humanista, jakim jest Leonardo da Vinci, byłby dziś świetnym studentem zarówno budownictwa, informatyki jak i prawa czy politologii.
Przejdźmy jednak do sedna mojego wywodu. Na początku chciałbym zaznaczyć iż nie jestem przeciwnikiem kształcenia w zakresie nauk humanistycznych Jestem natomiast przeciwnikiem kształcenia tak ogromnej ilości studentów na tych kierunkach. Studentów, których nauka kosztuje biedne polskie państwo ogromne pieniądze. Problem w tym, że Polska nie ma żadnego pożytku z rzeszy absolwentów nauk społecznych. Zainwestowane przez kraj pieniądze w edukacje setek tysięcy filozofów, socjologów, prawników czy politologów są kasą wyrzuconą w błoto. Co gorsza absolwenci tych kierunków bardzo często są usługobiorcami pomocy społecznej. Powtarzam, Polsce nie jest potrzebny socjolog- magazynier, prawnik- ochroniarz, filozof w budce z kebabem czy politolog- kasjer skoro specyfika tych zawodów nie wymaga nakładów ze strony państwa. Wybierając studia humanistyczne pomysł również o kosztach jakie poniesie Twoja rodzina. Trud pracy Twojego ojca na pewno nie jest wart tego byś po pięciu latach studiów skończył jako kasjer w Biedronce, skoro mógłbyś to robić zaraz po liceum.
Nie oszukuj się, nie wierz w bzdurne reklamy uczelni która pisze o „atrakcyjności” swoich absolwentów politologów czy socjologów na rynku pracy! Po studiach humanistycznych, bez tzw. pleców nie masz szans na godziwie wynagradzaną prace.
Czas studiów mija bardzo szybko. Przyjdzie dzień w którym wyjdziesz z uczelni z dyplomem prawnika, politologa w ręku. Drugą rękę będziesz miał w nocniku. Ale na szczęście masz przecież dyplom, którym otrzesz palce z gówna. Przynajmniej raz do czegoś się przyda... Szkoda tylko że przed Tobą całe życie. Miałeś przecież tyle planów, dom, samochód, rodzina. Z pensji ochroniarza w centrum handlowym ciężko będzie spełnić te marzenia.
Myślisz zapewne że przesadzam, proszę Cie jednak, jeśli nie jesteś jeszcze studentem któregokolwiek z “krytykowanych” przezemnie kierunku, byś zapoznał się z programami nauczania tychże. Zapoznałeś się? Super, odpowiedz mi teraz co jesteś w stanie zrobić po pięciu latach nauki. Drzewa fachowo nie posadzisz, domu nie wybudujesz, nie napiszesz programu, nie jesteś w stanie wypiec chleba. Nie potrafisz nic praktycznego! Jeśli przyłożysz się do nauki to znasz co prawda kodeks rodzinny, system polityczny Rumuni, filozofie Platona. Przynajmniej będziesz mógł brylować wiedzą w długiej kolejce do pośredniaka ...
Jeśli i ten argument do Ciebie nie przemówił, użyję najmocniejszego. Wejdź proszę na największe polskie portale z ogłoszeniami pracodawców( praca.pl, gazetapraca.pl, jobs.pl i inne) . Czy którykolwiek z nich poszukuje socjologa, prawnika, politologa, filozofa czy innego humanistę? Nie! No może dla prawnika się coś znajdzie, ale chyba nie tego oczekiwałeś po latach ciężkich studiów...
Zapewne myślisz sobie że jeśli nie uda Ci się znaleźć pracy to "założysz własny biznes". Człowieku, nie bądź dziecinny. Po pierwsze nic nie umiesz, więc nie masz co sprzedać, po drugie zapewne nie śmierdzisz groszem i liczysz na grosz od niejakiej Unii ( totalny infantylizm).
Co więc robić? Jeśli jesteś przed maturą sprawa jest prostsza. Nie tłumacz swojego lenistwa brakiem umiejętności matematycznych. Czy myślisz że te piątkowe uczennice z Twojej klasy są bardziej zdolne od Ciebie? Część pewnie tak, ale Stasia czy Asia jest pewnie tak samo zdolna jak Ty, a może mniej, jednakże to one mają piątkę z maty a nie Ty! Jest tak ponieważ Stasia z Asią mają w przeciwieństwie do Ciebie jaja. Wiedzą że ciężka pracą można wszystko zmienić, pokonać niedoskonałości natury. Z polibudy wylatują z wielkim hukiem zazwyczaj nie Ci którzy są mniej zdolni, ale przede wszystkim Ci którzy są leniami ( wśród których jest wiele bardzo uzdolnionych matematycznie osób). Wszystko wymaga ciężkiej pracy ...
P.S Oczywiście nie należę do osób, które zgodnie z propagandą rządu Pana Tuska twierdzą iż skończenie politechniki wiąże się z bogactwem. Wobec corocznie opuszczającej rzeszy inżynierów budownictwa i innych kierunków technicznych teza o deficycie inżynierów na rynku pracy jest zapewne tak samo prawdziwa jak autostrady na Euro ...
Przejdźmy jednak do sedna mojego wywodu. Na początku chciałbym zaznaczyć iż nie jestem przeciwnikiem kształcenia w zakresie nauk humanistycznych Jestem natomiast przeciwnikiem kształcenia tak ogromnej ilości studentów na tych kierunkach. Studentów, których nauka kosztuje biedne polskie państwo ogromne pieniądze. Problem w tym, że Polska nie ma żadnego pożytku z rzeszy absolwentów nauk społecznych. Zainwestowane przez kraj pieniądze w edukacje setek tysięcy filozofów, socjologów, prawników czy politologów są kasą wyrzuconą w błoto. Co gorsza absolwenci tych kierunków bardzo często są usługobiorcami pomocy społecznej. Powtarzam, Polsce nie jest potrzebny socjolog- magazynier, prawnik- ochroniarz, filozof w budce z kebabem czy politolog- kasjer skoro specyfika tych zawodów nie wymaga nakładów ze strony państwa. Wybierając studia humanistyczne pomysł również o kosztach jakie poniesie Twoja rodzina. Trud pracy Twojego ojca na pewno nie jest wart tego byś po pięciu latach studiów skończył jako kasjer w Biedronce, skoro mógłbyś to robić zaraz po liceum.
Nie oszukuj się, nie wierz w bzdurne reklamy uczelni która pisze o „atrakcyjności” swoich absolwentów politologów czy socjologów na rynku pracy! Po studiach humanistycznych, bez tzw. pleców nie masz szans na godziwie wynagradzaną prace.
Czas studiów mija bardzo szybko. Przyjdzie dzień w którym wyjdziesz z uczelni z dyplomem prawnika, politologa w ręku. Drugą rękę będziesz miał w nocniku. Ale na szczęście masz przecież dyplom, którym otrzesz palce z gówna. Przynajmniej raz do czegoś się przyda... Szkoda tylko że przed Tobą całe życie. Miałeś przecież tyle planów, dom, samochód, rodzina. Z pensji ochroniarza w centrum handlowym ciężko będzie spełnić te marzenia.
Myślisz zapewne że przesadzam, proszę Cie jednak, jeśli nie jesteś jeszcze studentem któregokolwiek z “krytykowanych” przezemnie kierunku, byś zapoznał się z programami nauczania tychże. Zapoznałeś się? Super, odpowiedz mi teraz co jesteś w stanie zrobić po pięciu latach nauki. Drzewa fachowo nie posadzisz, domu nie wybudujesz, nie napiszesz programu, nie jesteś w stanie wypiec chleba. Nie potrafisz nic praktycznego! Jeśli przyłożysz się do nauki to znasz co prawda kodeks rodzinny, system polityczny Rumuni, filozofie Platona. Przynajmniej będziesz mógł brylować wiedzą w długiej kolejce do pośredniaka ...
Jeśli i ten argument do Ciebie nie przemówił, użyję najmocniejszego. Wejdź proszę na największe polskie portale z ogłoszeniami pracodawców( praca.pl, gazetapraca.pl, jobs.pl i inne) . Czy którykolwiek z nich poszukuje socjologa, prawnika, politologa, filozofa czy innego humanistę? Nie! No może dla prawnika się coś znajdzie, ale chyba nie tego oczekiwałeś po latach ciężkich studiów...
Zapewne myślisz sobie że jeśli nie uda Ci się znaleźć pracy to "założysz własny biznes". Człowieku, nie bądź dziecinny. Po pierwsze nic nie umiesz, więc nie masz co sprzedać, po drugie zapewne nie śmierdzisz groszem i liczysz na grosz od niejakiej Unii ( totalny infantylizm).
Co więc robić? Jeśli jesteś przed maturą sprawa jest prostsza. Nie tłumacz swojego lenistwa brakiem umiejętności matematycznych. Czy myślisz że te piątkowe uczennice z Twojej klasy są bardziej zdolne od Ciebie? Część pewnie tak, ale Stasia czy Asia jest pewnie tak samo zdolna jak Ty, a może mniej, jednakże to one mają piątkę z maty a nie Ty! Jest tak ponieważ Stasia z Asią mają w przeciwieństwie do Ciebie jaja. Wiedzą że ciężka pracą można wszystko zmienić, pokonać niedoskonałości natury. Z polibudy wylatują z wielkim hukiem zazwyczaj nie Ci którzy są mniej zdolni, ale przede wszystkim Ci którzy są leniami ( wśród których jest wiele bardzo uzdolnionych matematycznie osób). Wszystko wymaga ciężkiej pracy ...
P.S Oczywiście nie należę do osób, które zgodnie z propagandą rządu Pana Tuska twierdzą iż skończenie politechniki wiąże się z bogactwem. Wobec corocznie opuszczającej rzeszy inżynierów budownictwa i innych kierunków technicznych teza o deficycie inżynierów na rynku pracy jest zapewne tak samo prawdziwa jak autostrady na Euro ...
Lata 90 to było coś!
Muzyka
Szkole dyskoteki, to było coś! Zazwyczaj organizowane w środku tygodnia, by nie podpaść szefowi wszystkich szefów- proboszczowi, który jednak czasem dzięki negocjacjom katechetki zezwalał na piątkowe szaleństwo.
Pomysł dyskoteki zazwyczaj rodził się podczas tzw. lekcji wychowawczych, a szczegóły były omawiane podczas wywiadówki. Najgorzej mieli Ci, których rodzice zasiadali w tzw. "komitecie rodzicielskim".
Oznaczało to niemal na pewno, że delikwent podczas "dyski" będzie pod czujnym okiem swojej mamusi.
Oznaczało to niemal na pewno, że delikwent podczas "dyski" będzie pod czujnym okiem swojej mamusi.
Organizacja takiej imprezy była prawdziwym wyzwaniem logistycznym. Kanapki z ogórkiem, sok jabłkowy, szarlotka, te rarytasy musiał ktoś zrobić i dostarczyć. Po za tym potrzebny był haracz! Tak haracz dla pań sprzątaczek, które zmuszone były zostać dłużej w pracy. Brak obecności obfitego talerza z ciastem w ich kajucie ( wiecznie zadymionej od namiętnie palonych "popków"), oznaczał ogromne trudności w organizacji następnej imprezy w przyszłości.
Najważniejsze! Sprzęt grający. To pole do popisu mieli zazwyczaj bogatsze dzieci z klasy które miały możliwość pochwalenia się nowym nabytkiem tatusia, który zazwyczaj dzięki swojemu snobizmowi nie odmawiał swojej pociesze "zajebistego sprzętu", ba zazwyczaj "tata Adama" osobiście przywoził sprzęt do szkoły.
Zdarzało się jednak że dyskotece pojawiał się didżej!! Zazwyczaj był to ktoś będący w dwóch klasach wyżej, młody gniewny, spędzający przerwy "jarając szlugi" na tzw. rogu ( który dziwnym trafem znajdywał się w miejscu przez które przechodziła masa dzieciarni).
Zazwyczaj didżej był postrachem młodych wybitnych biologów, matematyków i modelarzy ( dumnych nosicieli dziewiczych wąsów).
Przy okazji dziewiczych wąsów, chciałbym poświęcić osobny akapit szkole. Dzisiejsza szkoła podstawowa czy gimnazjum, to na pewno nie "pedałówa" sprzed piętnastu lat. Dziś typowa polska podstawówka kończy swój dzień około 16.00. O 17.00 w długich korytarzach panuje tylko mrok. Kiedyś było inaczej! Po skończonych zajęciach szybko biegło się do domu zjeść obiad by potem znowu udać się do szkoły. Mniej mądre a bardziej wysportowane osobniki biegły na zajęcia z piłki, siatkówki, zaś dziewicze wąsy poznawali tajniki fizyki, biologii czy matematyki dzięki czemu jeszcze bardziej pogłębiali dystans dzielący ich między resztą klasy. Tym pośrodku, czyli średnio wysportowanym i średnio rozgarniętym, pozostawały kółka modelarskie. Takie kółko prowadził zazwyczaj wąsaty pan z wychowania technicznego, zaś jego pracownia niejednokrotnie stanowiła źródło domowych narzędzi.
Najciekawsza jednak zawsze była pracownia fizyczna. Wiecznie śmierdząca denaturatem, służącym do doświadczeń na temat rozszerzania się materii. Prawdziwym cudem był generator Van de Graffa, któremu zagrozić mogla tylko tablica z pochwą z pracowni biologicznej.
Dziś szkoła to bezduszne pokoje pomalowane na oczojebne kolory. Wspomniane gadżety zastąpiły komputery i rzutniki multimedialne. Wraz z generatorami czy szczurem w formalinie odszedł specyficzny klimat. Tego już nie ma !
Przejdźmy jednak do samej muzyki. Bez wątpienia, w pierwszej połowie cudnej dekady prym wiodło Disco Polo. Nie będę się rozpisywał na temat tego nurtu. Warto jednak przypomnieć co ciekawsze "kawałki". Ot, choćby psychodeliczny kawałek Smolenia, czy nostalgiczny utwór przy którym poznawało się topografię pupek przylepionych do nas koleżanek.
Na szczęście muzyczny patriotyzm nie był zbyt silny, dzięki czemu coraz popularniejsze stawała się "muzyka" zza zachodniej granicy. Największy sukces odniósł chyba czarnoskóry Captain Jack i jego armia kręcących tyłeczkami rekrutek.
Karierę nad Wisłą zrobił również czarnolicy Mr. President, czy hiszpański band z Macareną na czele.
Na osobny akapit bez wątpienia zasługują czterej chłopcy z USA,
z charyzmatycznym Nickiem Carterem na czele. Któż nie pamięta segregatorów zapchanych karteczkami z BB czy specyficzną irlandzką rodziną ...
Telewizja
W tym segmencie królowały odgrzewane kotlety z lat 80 -tych. Genialny MacGyver ( po nazwisku to po pysku!, na imię mu Angus), zgrana Drużyna A to pozycje które zgromadziły ogromny kapitał widzów nowej telewizji Polsat.
W bajkach prym wiodła zapomniana dziś niestety Polonia1. Na czas nadawania takich hitów jak Generał Daimos czy waleczna Tygrysia Maska pustoszały okoliczne podwórka. Te dwie bajki to pozycje typowo męskie. Uniwersalny bez wątpienia był ( była? ) Yattaman zawierający dość ostre podteksty erotyczne. Dziewczynki zaś i obecne tygrysy polskiego ruchu gejowskiego uwielbiali figlarną Czarodziejkę Sally.
Małe orlęta Janasa zdobywały pierwsze szlify oglądając kapitana Tsubase.
Zabawki
Klik- klaki - sztandarowa zabawka kolorowej dekady ( powstała znacznie wcześniej). Fenomen tych dwóch kulek, połączonych sznurkiem, to prawdziwa tajemnica marketingu.
Jo-jo - kolejne zmartwychwstanie jak w postaci Klik- klaków. Wróciło do łask pod koniec dekady. Był to prawdziwy powrót smoka. Kwiat chińskiej inżynierii wyposażył je w migające światła i piszczące głośniki. Niestety, zazwyczaj jojo kończyło swój żywot po pierwszym kontakcie z glebą.
Tamagotchi- tym razem cud japońskiej techniki. Mini komputer ze zwierzakiem w środku do którego trzeba było wstawać nawet w nocy, jeśli ten np. zrobił kupkę czy miał ochotę na zabawę.
Okazuje się jednak że najwiekszą frajdę przynosił zwykły papier. Fakt, nie do końca zwykły, bo z nadrukowanymi obliczami idoli takich jak rodzina Kelly czy Nick z Backstreet Boys ( get dałn, get dałn et mówi orłi dałn! , tak się śpiewało! )
Przy okazji zabawek nie sposób nie wspomnieć o tak zwanym pegazusie, kupowanym zazwyczaj na targu u skośnookich. Również u azjatyckich dżentelmenów zaopatrywano się w "kadridże" z "milionami gier".
A kto jeszcze pamięta kapsle z flagami :) ?
---
Nie sposób jednej osobie opisać tamtych lat. Jest to temat rzeka. Dlatego zachęcam wszystkich, do zapoznania się z komentarzami do tego "artykułu".
Stanowią one swoistą encyklopedie tamtych lat.
Najważniejsze! Sprzęt grający. To pole do popisu mieli zazwyczaj bogatsze dzieci z klasy które miały możliwość pochwalenia się nowym nabytkiem tatusia, który zazwyczaj dzięki swojemu snobizmowi nie odmawiał swojej pociesze "zajebistego sprzętu", ba zazwyczaj "tata Adama" osobiście przywoził sprzęt do szkoły.
Zdarzało się jednak że dyskotece pojawiał się didżej!! Zazwyczaj był to ktoś będący w dwóch klasach wyżej, młody gniewny, spędzający przerwy "jarając szlugi" na tzw. rogu ( który dziwnym trafem znajdywał się w miejscu przez które przechodziła masa dzieciarni).
Zazwyczaj didżej był postrachem młodych wybitnych biologów, matematyków i modelarzy ( dumnych nosicieli dziewiczych wąsów).
Przy okazji dziewiczych wąsów, chciałbym poświęcić osobny akapit szkole. Dzisiejsza szkoła podstawowa czy gimnazjum, to na pewno nie "pedałówa" sprzed piętnastu lat. Dziś typowa polska podstawówka kończy swój dzień około 16.00. O 17.00 w długich korytarzach panuje tylko mrok. Kiedyś było inaczej! Po skończonych zajęciach szybko biegło się do domu zjeść obiad by potem znowu udać się do szkoły. Mniej mądre a bardziej wysportowane osobniki biegły na zajęcia z piłki, siatkówki, zaś dziewicze wąsy poznawali tajniki fizyki, biologii czy matematyki dzięki czemu jeszcze bardziej pogłębiali dystans dzielący ich między resztą klasy. Tym pośrodku, czyli średnio wysportowanym i średnio rozgarniętym, pozostawały kółka modelarskie. Takie kółko prowadził zazwyczaj wąsaty pan z wychowania technicznego, zaś jego pracownia niejednokrotnie stanowiła źródło domowych narzędzi.
Najciekawsza jednak zawsze była pracownia fizyczna. Wiecznie śmierdząca denaturatem, służącym do doświadczeń na temat rozszerzania się materii. Prawdziwym cudem był generator Van de Graffa, któremu zagrozić mogla tylko tablica z pochwą z pracowni biologicznej.
Dziś szkoła to bezduszne pokoje pomalowane na oczojebne kolory. Wspomniane gadżety zastąpiły komputery i rzutniki multimedialne. Wraz z generatorami czy szczurem w formalinie odszedł specyficzny klimat. Tego już nie ma !
Przejdźmy jednak do samej muzyki. Bez wątpienia, w pierwszej połowie cudnej dekady prym wiodło Disco Polo. Nie będę się rozpisywał na temat tego nurtu. Warto jednak przypomnieć co ciekawsze "kawałki". Ot, choćby psychodeliczny kawałek Smolenia, czy nostalgiczny utwór przy którym poznawało się topografię pupek przylepionych do nas koleżanek.
Na szczęście muzyczny patriotyzm nie był zbyt silny, dzięki czemu coraz popularniejsze stawała się "muzyka" zza zachodniej granicy. Największy sukces odniósł chyba czarnoskóry Captain Jack i jego armia kręcących tyłeczkami rekrutek.
Karierę nad Wisłą zrobił również czarnolicy Mr. President, czy hiszpański band z Macareną na czele.
Na osobny akapit bez wątpienia zasługują czterej chłopcy z USA,
z charyzmatycznym Nickiem Carterem na czele. Któż nie pamięta segregatorów zapchanych karteczkami z BB czy specyficzną irlandzką rodziną ...
Telewizja
W tym segmencie królowały odgrzewane kotlety z lat 80 -tych. Genialny MacGyver ( po nazwisku to po pysku!, na imię mu Angus), zgrana Drużyna A to pozycje które zgromadziły ogromny kapitał widzów nowej telewizji Polsat.
W bajkach prym wiodła zapomniana dziś niestety Polonia1. Na czas nadawania takich hitów jak Generał Daimos czy waleczna Tygrysia Maska pustoszały okoliczne podwórka. Te dwie bajki to pozycje typowo męskie. Uniwersalny bez wątpienia był ( była? ) Yattaman zawierający dość ostre podteksty erotyczne. Dziewczynki zaś i obecne tygrysy polskiego ruchu gejowskiego uwielbiali figlarną Czarodziejkę Sally.
Małe orlęta Janasa zdobywały pierwsze szlify oglądając kapitana Tsubase.
Zabawki
Klik- klaki - sztandarowa zabawka kolorowej dekady ( powstała znacznie wcześniej). Fenomen tych dwóch kulek, połączonych sznurkiem, to prawdziwa tajemnica marketingu.
Jo-jo - kolejne zmartwychwstanie jak w postaci Klik- klaków. Wróciło do łask pod koniec dekady. Był to prawdziwy powrót smoka. Kwiat chińskiej inżynierii wyposażył je w migające światła i piszczące głośniki. Niestety, zazwyczaj jojo kończyło swój żywot po pierwszym kontakcie z glebą.
Tamagotchi- tym razem cud japońskiej techniki. Mini komputer ze zwierzakiem w środku do którego trzeba było wstawać nawet w nocy, jeśli ten np. zrobił kupkę czy miał ochotę na zabawę.
Okazuje się jednak że najwiekszą frajdę przynosił zwykły papier. Fakt, nie do końca zwykły, bo z nadrukowanymi obliczami idoli takich jak rodzina Kelly czy Nick z Backstreet Boys ( get dałn, get dałn et mówi orłi dałn! , tak się śpiewało! )
Przy okazji zabawek nie sposób nie wspomnieć o tak zwanym pegazusie, kupowanym zazwyczaj na targu u skośnookich. Również u azjatyckich dżentelmenów zaopatrywano się w "kadridże" z "milionami gier".
A kto jeszcze pamięta kapsle z flagami :) ?
---
Nie sposób jednej osobie opisać tamtych lat. Jest to temat rzeka. Dlatego zachęcam wszystkich, do zapoznania się z komentarzami do tego "artykułu".
Stanowią one swoistą encyklopedie tamtych lat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
